Z Innej Strony
•
19.09.2026
Z innej strony. Witamy Państwa bardzo serdecznie. Dziś z innej strony Wiktoria Rozpędek, asystentka kostiumografki w serialu Lalka, który możemy oglądać na Netflixie. Dzień dobry, pani Wiktorio.
Dzień dobry pani, dzień dobry Państwu.
A wita się z Państwem Beata Hołubowicz-Stachaczyk. Ja specjalnie tak wolno, żeby nic nie pomylić, bo nazwy są trudne, ale to jest pani zawód.
Tak, kończyłam charakteryzację i kostiumografię, a potem jeszcze historię sztuki, także jestem w tym kierunku wykształcona i pracuję w zawodzie, to prawda.
A jak to się stało, że trafiła pani akurat do serialu Lalka?
Miałam to ogromne szczęście, że w zeszłym roku dane mi było poznać panią Dorotę Rokplo, czyli główną kostiumografkę tutaj w naszym serialu. I na początku wyglądało to w ten sposób, że pomagałam jej sprzątać w pracowni, ponieważ pani Dorota ma ogromny dorobek artystyczny, więc można sobie wyobrazić, że również ma ogromne zasoby. I moją rolą było po prostu... Poznałyśmy się, ona powiedziała, że aktualnie nie ma żadnych projektów, bo to tak przeważnie bywa, że są takie okresy, kiedy nic nie jest nagrywane, a ja stwierdziłam, że ponieważ była potrzeba właśnie sprzątania, to zaoferowałam, że mogę to zrobić. Faktycznie przez jakiś czas pomagałam sprzątać pracownię i potem po jakimś czasie w maju otrzymałam telefon od pani Doroty z zapytaniem, czy byłabym chętna wziąć udział w Lalce, jak można się domyśleć, nawet się nie zastanawiałam nad odpowiedzią, tylko od razu padło tak.
No jest pani bardzo młodym człowiekiem, więc to jest rzeczywiście początek kariery i od razu taki początek, bym powiedziała, całkiem niezły. Natomiast powiem szczerze, że jako osoba starsza dużo od pani, to sobie tak teraz pomyślałam, jakie to piękne, że zaczynała pani od sprzątania pracowni, nie wstydzi się pani tego, a z drugiej strony jak łatwo jest się nauczyć, będąc na miejscu pani, pewnych rzeczy, które są podstawą i jaka odskocznia jest później, jak można na przykład poznać już te tajniki dalsze, więc to jest coś niesamowitego, bo kiedyś tak rzeczywiście było, że ludzie zaczynali od prostych czynności i karierę później kończyli na wysokim poziomie. Teraz by się chciało inaczej, a pani kultywuje stare tradycje, ale to się jednak opłaca.
Co panią zaskoczyło, kiedy znalazła się pani na planie serialu? Czy było coś takiego, co zaskoczyło panią totalnie?
Teoria zupełnie odbiegała od praktyki. Miałam wcześniej styczność z projektami, ale oczywiście na znacznie mniejszą skalę, z projektami studenckimi, więc tutaj, jak można by się właśnie spodziewać, ta skala mnie zaskoczyła, ponieważ jednymi z pierwszych zdjęć, jakie nagrywaliśmy, to były zdjęcia na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, gdzie odcinek na wysokości Uniwersytetu Warszawskiego został kompletnie wyłączony z ruchu i zupełnie przetransformowany do XIX wieku. Więc podczas tego, gdy spędzałam tam po 12 godzin, ponieważ dzień pracy na planie to jest minimum 12 godzin, to fakt tego, ile osób właśnie tam pracuje, wkłada w to serce i też tam możliwość zobaczenia osób, które sama ubierałam, że one właśnie teraz chodzą po tej ulicy i dopełniają tę piękną wizję osób tutaj dookoła, to było coś niesamowitego. I jak właśnie do dzisiaj o tym myślę, no to mam takie rozmarzenie i pomimo tego, że brałam w tym udział, to to trochę nie dowierzam, że to było tam i była tam pani.
Dokładnie tak. Pani Wiktorio, pani została właściwie rzucona na głęboką wodę, bo z człowieka studenta, który, jak powiedziałam wcześniej, nawet jeżeli świetnie to opanował, teorię, tutaj trzeba było właściwie od razu żyć, bo to była praca połączona z kontaktami z aktorami, z profesjonalistami i tak dalej, i tak dalej. Czy to było bardzo trudne? Czy to było takie, że właściwie ogromne wyzwanie, które przynosiło czasami chwile zwątpienia: nie dam rady, przerasta mnie? To miała pani takie momenty?
Oczywiście, że tak. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie, ponieważ to wymagało ode mnie kompletnego przetransformowania mojego życia, bo tak jak wspomniałam, dzień pracy minimum 12 godzin, często wiele dni pod rząd, potem jeszcze... Mój pion charakteryzuje się tym, że my pracujemy nie tylko podczas dni zdjęciowych, ale również poza dniami zdjęciowymi, więc to podczas właśnie zdjęć byłam kompletnie wyłączona z mojego życia prywatnego, ale również to życie na planie, gdzie powiedzmy przy tych mniejszych projektach było znacznie więcej luzu, jak można się domyślać. Tak tutaj to po prostu było dużo też takich rzeczy, z którymi wcześniej nie miałam styczności, z tego względu, że nie pracowałam przy projektach na taką skalę, więc oczywiście było bardzo dużo błędów, bardzo dużo stresu, jednak miałam dookoła naprawdę niesamowitą ekipę i wsparcie, gdzie czułam, że mogę o wszystko zapytać, więc to naprawdę mi ułatwiło pracę.
Pani Wiktorio, rozmawiamy o tym, czego my, zwykli odbiorcy, nie dostrzegamy. Teraz zupełnie inaczej już będę ten serial oglądała, bo poznałam panią i jakby jakieś drobiazgi, jak wyglądała ta praca od podszewki, poznaję, więc też jest bardzo sympatyczne to, że Piotrkowianka maczała, mówiąc kolokwialnie, w tym wszystkim swoje palce.
Pani Wiktorio, a jak się pani pracowało z aktorami? Bo często aktorzy są wymagający, często to są osobowości. Pani musiała też gdzieś tam poprosić i o cierpliwość, bo to wiadomo, czasem trzeba włożyć trochę więcej tej pracy w danej minucie. Jak to wyglądało na co dzień?
Od razu powiem, że więcej styczności miałam ze statystami, ze względu na to, że byłam asystentką. No ale mimo wszystko to też jest pewien rodzaj aktorstwa. Oczywiście, że tak, aczkolwiek statyści to byli często właśnie osoby, które na co dzień nie zajmują się tym i było to o tyle cudowne, że pomimo tej ciężkości? pracy, czyli 12 godzin, często jak nie dłużej, jeszcze w przypadku właśnie statystów w kostiumie, no to wszyscy byli tacy podekscytowani i szczęśliwi, że mogą brać udział w Lalce. Natomiast jeżeli chodzi o aktorów, to z mojego doświadczenia, jakie nabrałam na planie, to bardzo jest ważne to, żebyśmy wszyscy traktowali się jak ludzie, bo wiem, że można złapać się w tę pułapkę, że kiedy widzi się twarz, którą widzi się tylko na ekranie, to trochę może człowiek nie wiedzieć, jak się zachować, ale trzeba wiedzieć, że jesteśmy tam wszyscy w pracy i trzeba tak do tego podchodzić. Natomiast jeżeli chodzi o relacje z aktorami, to mogę zdradzić, że ponieważ mieliśmy zdjęcia wyjazdowe we Wrocławiu i wszyscy byliśmy w jednym hotelu i były tam piłkarzyki, gdzie graliśmy całą ekipą, więc mogę się pochwalić, że grałam z panem Piotrem Adamczykiem i z panią Magdą Cielecką razem w piłkarzyki właśnie przeciwko panu Adamczykowi i wygraliśmy.
No to gratulacje.
Ale to jest w ogóle tak, że często krzywdzimy te osoby, które pracują właśnie w tych zakulisowo, w tych kulisach, bo państwo wkładają w to ogromną siłę, energię, zaangażowanie, potem jest gdzieś drobnym drukiem na końcu i pani nazwisko również jest, ale my podziwiamy aktorów, a przecież to, jak oni są ubrani, w jakiej scenografii chodzą, jaka muzyka temu towarzyszy, jaki dźwięk, to jest ogromna praca, często setek ludzi. Czy odczuwa pani, że jednak ma pani tam swój wkład? Czy poznaje pani na ekranie momenty, gdzie ta ręka pani gdzieś tam musiała zaistnieć?
Tak, no szczęście tak. Często to są właśnie jakieś momenty. Momenty w tle, bo tak jak mówię, od czegoś trzeba zacząć, to też jest bardzo ważne. No i sam fakt tego, że ja wiem, że to tam jest, to jest dla mnie po prostu niesamowite.
No rodzina też jest chyba dumna.
Mama bardzo.
Oj tak, oj tak, więc to jest bardzo też miłe, jak się dostaje te wszystkie gratulacje oczywiście, a trochę to do mnie nadal nie dociera, że ludzie to oglądają i że to już wyszło. Tak jak mówię, jak zobaczyłam swoje nazwisko na ekranie, to musiałam się aż przejść po pokoju, bo nie dowierzałam, bo ja wiedziałam, że ono tam będzie, ale do tej pory jest to niesamowite dla mnie. Ale tak, widzę w niektórych momentach swoją rękę, przeważnie w takich momentach, które bym powiedziała, że przeciętny widz nawet by nie wiedział, że tutaj może być ręka przyłożona i że wymagało to aż takiej uwagi. Bardzo często chodziło o to, jest potocznie nazwana takie fulary męskie, które my nazywaliśmy wiązakami, a przez to, że one są na szyi, a szyja się rusza, to trzeba było być bardzo uważnym, żeby one cały czas wyglądały dobrze, więc to była po prostu nasza zmora, można by powiedzieć.
No właśnie, bo wy nie tylko jesteście projektantami tych kostiumów, nie tylko wykonawcami, ale również dbacie o to, żeby w czasie nakręcanych zdjęć wszystko było na swoim miejscu i żeby to jakoś wyglądało, bo no nie sztuka założyć, a potem się okaże, że nie wygląda to tak jak trzeba. W związku z tym cały czas jest ta uwaga skupiona na tym, czy ten kostium jest we właściwym miejscu, jego szczegóły. Dobrze myślę, pani Wiktorio?
Tak, znaczy się moją rolą tutaj było to, żeby wizja kostiumografki, pani Doroty Rokplo, była jak najbardziej spójna. Czyli podwójna presja. I żeby widzowie byli zadowoleni, ale żeby też pani, która w zasadzie z panią współpracowała, albo odwrotnie, pani z nią.
Tak, tutaj właśnie bardzo nam zależało na tym, żeby to wszystko było spójne, ponieważ bardzo rzadko nagrywa się sceny chronologicznie, więc bardzo ważne było to, żeby pamiętać, jak coś wyglądało wcześniej, albo jeżeli nagrywa się różne ujęcia, to żeby wszystko się zgadzało i żeby widza nie wybijało z imersji w świat Lalki.
Wiem, że pani chce nauczyć się tak naprawdę szyć. Cofa się pani o w zasadzie jeden poziom przynajmniej, zapisała się pani do szkoły krawieckiej. Dlaczego?
Ponieważ pomimo tego, że kończyłam charakteryzację i kostiumografię, to przez to, że było tak wiele innych przedmiotów... Czuję, że zaniedbałam ten aspekt taki czysto, można powiedzieć, rzemieślniczy.
A umiała pani w ogóle wcześniej uszyć coś, przyszyć guzik, czy raczej...
Bardziej właśnie takie drobne w postaci przyszyć guzik, a...
Czyli raczej nie szyła pani?
Nie, nie, nie, nie, nie. Zresztą tutaj też w większości moja praca na planie opierała się często, żeby złapać coś agrafką, ponieważ większość kostiumów była wypożyczana, więc to też się wiązało z tym, żeby po prostu ten kostium jak najmniej modyfikować, żebyśmy potem mieli jak najmniej trudności z wracaniem. Ale to też jest trudne, bo trzeba, żeby nie zniszczyć tego kostiumu, żeby oddać go w takiej formie, w jakiej został pozyskany, a przecież figury osób są przeróżne, wysokość tej osoby i trzeba było to podpinać i jeszcze żeby się nie rozpadło pewnie.
Dokładnie tak, dokładnie tak. Plus jeszcze proszę pamiętać, że ubrania mają określoną trwałość, a kiedy one są używane po 12 godzin dziennie przez kilka dni pod rząd czasami, to oczywiście jest to logiczne, że może się coś wydarzyć, ponieważ człowiek w tym funkcjonuje, więc naszą tutaj rolą było to, żeby dbać właśnie o za długie nogawki albo o przypruczoną halkę i żeby to potem uprać i żeby wszystko zawsze wyglądało jak najlepiej. Czyli tak logistycznie to bym powiedziała, że rozpiętość tych potrzeb jest bardzo duża, począwszy od zwykłych krawieckich usług, można powiedzieć, podpięcie agrafką, skończywszy na bardzo poważnych rzeczach, czyli na przykład wizji, żeby kostium wyglądał tak jak powinien z danej epoki, plus żeby nie było wpadek tego typu, że na jednym ujęciu ktoś coś ma, na drugim już ma co innego, więc to jest bardzo trudne.
Jak często pani wpadała w taką... Bezsilność. Czy były takie momenty, kiedy pani powiedziała, że no nie, no już tu agrafki nie mam, tu coś ode mnie chcą? Czy raczej spokój panował na planie filmowym i można było to jakoś w miarę szybko opanować?
Powiedziałabym, że bywało różnie, aczkolwiek, tak jak już wspominałam, miałam wspaniałą ekipę, w większości właśnie bardzo doświadczonych osób.
A ile trwały te zdjęcia, tak wejdę jeszcze w słowo? To były miesiące?
Tak, miesiące. Zaczynaliśmy w czerwcu, a kończyliśmy na jesieni.
Czyli sporo było tych dni po dwanaście godzin.
Oczywiście. Ale profesjonalnie wszyscy pracowali, w związku z tym nie było takiej paniki, dobrze zrozumiałam?
Tak, właśnie tutaj na planie była bardzo dobra atmosfera. Nie mogę złego słowa o ekipie powiedzieć. I tak jak właśnie mówię, tutaj właśnie ta ochrona ze strony pani Doroty, która bardzo dba o swój zespół, tak jak również Marzena Wojciechowska, czyli asystentka, znaczy się druga kostiumografka, przepraszam, jak również inne asystentki czy właśnie osoby, które pracują na planie, to naprawdę ten profesjonalizm był niesamowity, żeby móc w nim uczestniczyć i się od niego uczyć. I tutaj, tak jak mówię, właśnie przez to, że było samo grono profesjonalistów, to takie nerwowe sytuacje, jakieś takie problematyczne były zredukowane do minimum.
Było coś, co może pani opowiedzieć jako anegdotę? Zdarzyło się coś takiego, co na przykład przejdzie do historii tego filmu?
Kurczę, ciężko mi tak sobie... Czyli nie było takich jakichś wyjątkowych sytuacji, które od razu gdzieś tam w głowie się pojawiają? Bardziej patrzę przed oczami... Przelatują obrazy odpadających podeszw od butów albo odpinających się kołnierzów z tyłu, ale to są jakieś takie, można by powiedzieć, drobnostki, które w zasadzie były wpisane w ryzyko pani zawodu.
Dokładnie tak.
Pani Wiktorio, pani zdaniem zdała pani ten egzamin, taki pierwszy, tego wejścia w takie życie już poważne, zawodowe, z górnej półki. Czuje się pani, że ten dyplom się pani należy za zdany egzamin?
Chciałabym myśleć, że tak, aczkolwiek chyba trochę nie czuję się na miejscu, żebym ja to oceniała.
To w takim razie ja powiem. Zdaje się, że dochodzą do nas słuchy, że będzie pani realizowała kolejny film. Czy to prawda?
Znaczy się, pracowałam w zeszłym roku również przy drugim projekcie.
To prawda, aczkolwiek tutaj nie chcę nic jeszcze za bardzo...
Czyli ten drugi, który będziemy mogli zobaczyć, tak, to już pani jakby zakończyła też pracę przy nim.
Nie możemy nic powiedzieć na ten temat, bo takie są warunki, tak, że dopóki nie spełnione zostaną pewne zasady, to nie można nic na ten temat mówić.
Ale gdyby pani nie zdała tego jednego egzaminu, to chyba nikt by panią nie brał do kolejnego. Tak jak mówię, ciężko mi o tym powiedzieć. Ale czy pani jest zadowolona z tego, co pani zrobiła? Czy pani, bo satysfakcję ma na pewno, jak pani powiedziała, to nazwisko w napisach, to, że pracowała pani z takimi ludźmi, którzy od wielu lat się tym zajmują, to jest na pewno wyróżnienie. Ale czy pani czuje satysfakcję z tego, co pani zrobiła?
Czuję na pewno bardzo dużą wdzięczność, aczkolwiek jestem taką osobą, która ma problem, że tak powiem, z docenieniem tego, co udało się zrobić. I powiedziałabym, że patrzę na to bardziej pod kątem tego, że widzę, ile jeszcze mam rzeczy do nauczenia się, jaka droga przede mną.
No i tym optymistycznym akcentem, skromnością pani Wiktorii skończmy. Życzymy wszystkiego najlepszego. Wiktoria Rozpędek, asystentka kostiumografki w serialu Lalka na Netflixie, natomiast oczekujemy kolejnych produkcji i to nie jest, jak słychać było, ostatnie pani zdanie.
Tak, mam nadzieję, że tak. Dziękujemy bardzo i do usłyszenia.
Dziękuję bardzo. Z innej strony.