Z Innej Strony
•
12.09.2026
Z innej strony. Witamy Państwa bardzo serdecznie w kolejnej audycji Z innej strony. Dziś naszym gościem jest Julia Marweg-Boroń, malarka.
Dzień dobry, pani Julio.
Witam serdecznie, dzień dobry, witam też słuchaczy.
Tak, jestem malarką.
Tak się pani określa, nie malarz, tylko malarka.
Tak.
Malarka czego?
Czego najchętniej pani dotyka w swoich tych sferach takich, powiedziałabym, i wyobraźni, a potem przekłada to pani na płótno, a może na coś innego?
Bardzo często poruszam się w kwestii różnej symboliki, rzeczy, które mają dla mnie znaczenie.
Czyli jednak wyobraźnia przede wszystkim.
Wyobraźnia jest tutaj najpierw. Wiele lat to trwało, bardzo wiele lat zastanawiałam się nad tym, co ja chcę malować, w którą stronę pójść.
Było mi ciężej, bo mój ojciec jest malarzem i wychowałam się w rodzinie, która ma bardzo wiele wspólnego ze sztuką. W zasadzie ona cały czas nam towarzyszyła w domu.
Ale czy tata na przykład miał duży wpływ na to, co pani dzisiaj maluje? Czy raczej to był ten ojciec podwójny, który zaszczepił pani tę miłość do malarstwa, a później pani poszła swoją stronę?
Ojciec był moim pierwszym nauczycielem. Ja byłam w ogóle dzieckiem, które w wieku półtora roku już siedziało i malowało, rysowało. Cały czas zajmowałam się lepieniem czegoś, robieniem jakichś rzeczy plastycznych i to trwało godzinami. Moi rodzice od zawsze dawali mi bardzo dużą swobodę, pozwalali mi na eksperymentowanie, na szukanie swojej techniki, swoich pomysłów.
Były ściany pomalowane?
Nie, tego nie robiłam nigdy.
Nie, nie, nie, nie. Tutaj były jasne... Wycinanek też nie było żadnych.
Nie, tutaj były jasne granice postawione, których starałam się nie przekraczać. Ale ojciec był w ogóle moim pierwszym nauczycielem. Nauczycielem i tak naprawdę do studiów mnie prowadził.
Później u pani Joli Betnerowicz też chodziłam do pani Joli na zajęcia plastyczne, jeździłam do Łodzi, chodząc do liceum. Moi nauczyciele z liceum byli bardzo wyrozumiali w stosunku do mnie, ponieważ wiedzieli, że ja dwa razy w tygodniu jeżdżę do Łodzi na Akademię Sztuk Pięknych na zajęcia przygotowujące do studiów.
Ale wrócę teraz do tego, czy to, co pani maluje w tej chwili, to jest inspirowane tym, czego się pani nauczyła od taty, czy poszła pani po prostu zupełnie w inną stronę?
Poszłam w inną stronę. Nawet tak się śmialiśmy kiedyś z tatą, że on nie chciałby ze mną zrobić wystawy wspólnej, dlatego że moje obrazy są bardzo żywiołowe, kolorowe, one bardzo są energetyczne i on stwierdził, że mógłby się czuć przytłumiony przeze mnie. Nasze malarstwo jest pod tym kątem różne. Ojciec jest bardziej stonowany, ja z drugiej strony jestem przeciwieństwem.
A może i dobrze.
No tak, tak, mamy świetną relację cały czas do tej pory. Moja mama też maluje, ale ona z zawodu jest socjologiem, ale to jest też jej pasja.
Bywa tak, że konkurujecie ze sobą?
Nie.
A było kiedyś tak, który obraz jest najładniejszy?
Nie, nigdy nie robiliśmy tego, ale oceniamy jakby swoje prace.
Krytycznie też?
Też, też.
Ale nie obraża się pani?
Nie, nie. Nauczyłam się przyjmować krytykę i wyciągam z niej wnioski. Oczywiście, jeżeli jest uzasadniona i widzę, że ma to sens.
Pani Julio, to zapytam, nie zapytam o pierwszą pani pracę, bo skoro pani tak wcześnie zaczynała, to po pierwsze może pani nie pamiętać, a po drugie tych prac było mnóstwo. Natomiast pierwsza praca, z którą pani jakoś się tak wyjątkowo utożsamiała. Tożsama siła, z której pani była zadowolona albo wywarła na pani życie jakiś wpływ?
To całkiem niedawno nastąpiło. Ja długo szukałam tej swojej drogi. Długo się zastanawiałam, co ja mam malować, bo to tak się mówi, że o, maluj, maluj. No tak siada pani przed sztalugą i co?
Tak, to wcale tak nie jest. To jest proces. To jest cały proces, kiedy człowiek myśli, zastanawia się, zastanawia się, jakie mu emocje towarzyszą, co chciałby ludziom przekazać. Mnie bardzo dużą radość sprawia, jak ludzie patrzą na moje obrazy i wielu ludzi zaczynało płakać na wystawie nawet.
Czyli potrafi pani wzbudzić emocje tymi swoimi obrazami. Czyli część ludzi, można powiedzieć, że może no nie tyle rozumie, co rozumie ten przekaz, czuje. I to jest chyba najważniejsze.
Tak, że ludzie czują te prace. I był taki obraz pierwszy, który pani, bo pani zaczęła mówić, że teraz pani odkryła, czy to pod wpływem właśnie jakiejś jednej pracy, która powiedziała pani: to jest to, co masz robić?
Tak, to była ta praca, obraz, przewrotnie nazywa się właśnie Harmonia. I uważam, że od tego momentu ja osiągnęłam wewnętrzną harmonię i już wiem, co chcę robić. Wiem, w jaką stronę mam podążać i... I w końcu jestem zadowolona z tego, co robię.
To ja zapytam na koniec tej części, co Julia Marweg-Boroń chce malować i chce robić? Tak w dwóch zdaniach.
Nadal chciałabym malować obrazy dające ludziom szczęście i obrazy, które będą czuli i które będą emocjonalnie dotykały ich w pozytywny sposób, dawały im energię i radość.
Rozmawiamy dziś najpierw o sztuce i o tym, jak pani dojrzewała do tej sztuki, bo wbrew pozorom to nie jest tak, jak powiedziałyśmy, że siada się przed sztalugą, bierze się pędzel.
No właśnie, ja zapytam o technikę. Czy ja dobrze myślę, że pani korzysta z pędzla, farb, teraz zapytam jakich, i czy to jest głównie na płótnie?
Tak, to są obrazy malowane na płótnie, korzystam z farb akrylowych. Nauczyłam się malować farbami akrylowymi i bardzo dobrze się czuję w tej technice i pracując z tymi farbami.
Zadam jeszcze takie pytanie, które pewnie panią to nie zdziwi, bo wszyscy tak pytają, ale ile powstaje taki obraz i jak długo pani pracuje nad jakimś jednym konkretnym dziełem? Bo to są dzieła, dzieła autorskie.
Moje obrazy są bardzo skomplikowane, bardzo dużo czasu maluję te obrazy.
Poprawia je pani?
Bardzo rzadko, raczej nie. Raczej tutaj one są na tyle przemyślane, że nie poprawiam ich, ale sam proces tworzenia, malowania to... Czasami nawet jest to około 300 godzin roboczych.
A czy zdarzyło się, że obraz, który wydawał się innym, bardzo ładny, albo nawet na początku pani, może ładny to jest złe słowo, ale właśnie taki właściwy, przejmujący, poszedł do kosza?
Nie. Nie wyrzucam swoich prac.
Czyli najwyżej nie eksponuje ich pani?
Eksponuję wszystkie.
Czyli nie robi pani czegoś takiego, że wybiera te najlepsze?
Nie. Uważam, że one przedstawiają różne też stany, w jakich jestem. Czasami jest człowiek zamyślony bardziej, czasami nad czymś dłużej się zastanawia.
I tu przychodzi mi do głowy coś, czego mnie również uczyli na studiach, nie akurat artystycznych, ale że nie można pytać się, co dane dzieło przedstawia, jaki stan artysty i co artysta miał na myśli, bo tak naprawdę to pani przelewa, ale to jest indywidualne przelewanie.
Tak, indywidualne i każdy odbiera to w inny sposób. Każdy sam może zastanowić się nad tym, czym to dla niego jest, ta symbolika, jak on to odczuwa. I to chyba właśnie o to chodzi w pracy artysty, żeby nie... Nie rzucał tak, że to jest tak i tak, i tak, i tak masz to rozumieć. My nie chcemy narzucać ludziom niczego.
Ale pani Julio, to zapytam, skąd pani czerpie te inspiracje i jak to wygląda? Czy to jest moment, siedzi pani gdzieś, powiedzmy w jednym miejscu i nagle ma potrzebę malowania?
Złapałam się na tym, bo sama się długi czas zastanawiałam, kiedy to się dzieje, bo patrzę na płótno, które jest białe i zastanawiam się, co tam namalować. I to są takie momenty, chwile w ciągu dnia.
Ale bywa też tak, że na przykład jest pani zupełnie w innym otoczeniu, nie ma pani tej możliwości dotarcia do sztalugi i właśnie jest to olśnienie, ta inspiracja i już powstaje w głowie ten obraz?
Tak. I pani wie już, co chce namalować?
Wiem, co chcę namalować i to są momenty, to są chwile, które właśnie trzeba wyłapywać.
Ale czy to jest na przykład kontakt z bliskimi, czy to jest jakiś serial, film, nieszczęście, które się wydarzyło?
To są różne momenty. Któregoś dnia podeszłam do okna i patrzyłam w niebo i stwierdziłam, że namaluję obraz, na którym są balony.
Czyli niebo i balony, nawet nie widziała pani tych balonów, prawda, w tym momencie?
Nie, nie, nie, nie widziałam ich i mam taką serdeczną przyjaciółkę, na którą w pewnym momencie tak siedziała sobie, rozmawiała i tak sobie pomyślałam, że namaluję obraz, na którym w pewnym sensie uwiecznię ją, jej charakter, jej energię. I właśnie ten obraz niedługo będzie powstawał.
To ile obrazów pani stworzyła takich, które są jakby do policzenia, bo wszystkie te wprawki, wszystkie te rysunki wcześniejsze, no to można powiedzieć, że to są ćwiczenia, natomiast takie konkrety?
Ciężko mi w tym momencie jest policzyć.
Ale to jest kilkaset?
Nie, kilkaset to nie jest.
Ale kilkadziesiąt będzie?
Tak, tak, tak.
Natomiast ten proces był bardzo długi, całą podstawówkę, całe gimnazjum, całe liceum. Liceum i całe studia, cały czas ćwiczyłam, rysowałam, malowałam, szkoliłam się, pracowałam nad zdobyciem tego warsztatu. I nawet ostatnio była to dla mnie bardzo taka pozytywna i bardzo miła sytuacja. Zostałam zaproszona do udziału w wystawie z okazji 35-lecia powstania Galerii Miejskiej w Łodzi, będą organizować wystawę na Politechnice Łódzkiej i moje prace też będą tam wystawiane.
Też zawiozłam swoje prace właśnie do Galerii Miejskiej w Łodzi, gdzie zostały wystawione też na sprzedaż. Było to dla mnie takie wyjątkowe przeżycie, bo ja tam z moim ojcem jeździłam jako mała dziewczynka. On tam zawoził swoje obrazy, często brałam mniejsze jego obrazy i niosłam razem z nim. A dzisiaj pani obrazy. A dzisiaj tam trafiłam.
I odbiór ludzi, którzy tam pracują, są historykami sztuki, byłam bardzo zestresowana, bo jednak to są ludzie, którzy mają ogromną wiedzę i też czasami nie gryzą się w język, więc było to dla mnie bardzo stresujące przeżycie, ale...
Pozytywne, jak widać.
Bardzo pozytywne to było i właśnie tam jedna z tych osób zwróciła uwagę, że bardzo widać tutaj warsztat, który musiał wiele lat być szlifowany.
Rozmawiamy dzisiaj o tym, co widać, że pani kocha, natomiast jest pani duszą artystyczną, rodzice też malują, tata zawodowo, można powiedzieć. Natomiast wiem, że pani korzenie to sięgają tam gdzieś takich różnych sytuacji, perełek, wydarzeń, które miały wpływ tutaj na lokalne środowisko i zaznaczyły się w historii tego miasta, babcia.
Tak, babcia mojego taty mama szyła. Pięknie rysowała, ale szyła suknie balowe.
Czyli geny jednak przeszły.
Tak, zaraz po wojnie zajmowała się szyciem właśnie przepięknych sukni balowych. Jej mama również była bardzo uzdolniona.
Czyli pani prababcia.
Tak, moja prababcia. Ona pracowała w zakładzie fotograficznym, gdzie ręcznie malowała fotografie.
No tak, bo kiedyś na porcelanie się malowało fotografie.
Tak. A jej brat, mojej prababci, to był Stefan Krukowski, który zasłynął w Piotrkowie jako człowiek, który miał fabrykę organów, produkował organy. Czyli musiał też mieć talent muzyczny, musiał mieć dobry słuch.
Muzyczny, ale przede wszystkim plastyczny, dlatego że on sam projektował te organy, rysował je. I pięknie potrafił je zaprojektować.
Tak, zaprojektować i narysować. Do dzisiaj jego wnuczka ma zachowane rysunki. Także to było pokoleniowo.
Ze strony mojej mamy również było dużo osób uzdolnionych artystycznie. Mojej babci siostra skończyła studia też artystyczne. Mojej mamy dziadek pięknie haftował, pięknie rzeźbił i przyjaźnił się z kosakiem. Dzisiaj właśnie mama mi opowiadała, jak powiedziałam, że przyjdę do radia, i opowiadała mi różne anegdoty rodzinne. Także w zasadzie z dwóch stron.
Czyli nie było właściwie wyboru, nie miała pani wyboru wielkiego, żeby nie pójść w tę linię, bo w zasadzie to chyba trochę pani się sprzeniewierzyła rodzinie.
Myślę, że tak. Chociaż bardzo przez jakiś czas chciałam zostać chirurgiem, ale nie chciałam się uczyć chemii i fizyki.
Podobnie jak ja.
Czyli tu mamy coś wspólnego.
Tak, natomiast widocznie te ręce jednak chciały precyzyjnej pracy, no wybrała pani akurat malarstwo i może bardzo dobrze, bo to są jednak dzieła, które zostają dla pokoleń. I tak jak pani mówi, one inspirują, one cieszą się jakąś taką popularnością.
Marzenie.
Marzenie pani, bo pomału się spełniają. Ma pani wystawy, ma pani już dobre recenzje, ale no myślę, że to nie jest koniec.
Nie, ja wiem, że to jest początek mojej drogi.
To jakie marzenie?
Żeby trwała jak najdłużej, żebym była sprawna do końca życia i mogła robić to, co kocham.
No dobrze, ale nie ma czegoś takiego, że chciałoby się zobaczyć ten powieszony obraz w jakiejś galerii?
Na pewno.
A jaka taka galeria, jaka jest taką galerią, która wymarzona jest dla człowieka, który na co dzień zajmuje się sztuką?
Moim największym marzeniem, jeżeli chodzi o galerie i rynek sztuki, są Stany Zjednoczone. I myślę, że w tym kierunku bardzo bym chciała kiedyś tam trafić.
No to życzymy tego w takim razie.
Czy coś w tej chwili jest, jak to się brzydko mówi, na tapecie, ale ja bym powiedziała na płótnie? Czy pani nad czymś pracuje?
Tak, oczywiście pracuję.
A może pani zdradzić? Nie da rady? To trzeba zobaczyć?
Myślę, że to trzeba zobaczyć. Nie chciałabym też nikomu narzucać tego, co ja tam stwarzam i co tworzę teraz w tym momencie i jaki ma być tego odbiór. Są tu różne rzeczy, są tu różne przenikające się historie i też takie rzeczy, które nas otaczają na co dzień. Też ostatni mój obraz to był Sen o wymiarach, a poprzednie Przebudzenie.
Piękne tytuły.
Tak, to są tytuły. Ja też jakąś drogę przeszłam rozwoju. Jak tak czasami cofam się i zastanawiam... Jaka ja byłam kiedyś, to wiedziałam, że nie byłabym w stanie namalować tych rzeczy. Różne rzeczy na nas wpływają, różne rzeczy człowiek zaczyna widzieć.
Ale pani Julia, myślę, że to jest piękne, bo tak jak my, ludzie dojrzewamy z wiekiem, przynajmniej tak powinno być, doświadczenia, przeżycia i te piękne, i niestety te przykre. Wszystkie nas budują. I gdyby pani ciągle była piętnastoletnią dziewczynką, to by było straszne. To by było dziwne i straszne. Natomiast to jest piękne, kiedy człowiek widzi, jak sam się zmienia i może to innym ludziom przekazać.
Oczywiście. I dać im takie poczucie, że oni też mogą zmienić pewne rzeczy, mogą też wybrać zawsze inną drogę i rzeczy, które nam się wydarzają, one są niezależne często od nas. I trzeba je przyjmować z pokorą i w każdej historii zawsze można doszukać się czegoś jednak pozytywnego i wyciągnąć z tego wnioski.
Julia Marweg-Boroń, malarka. Dziękujemy bardzo.
Dziękuję serdecznie za zaproszenie.
O, tak, do zobaczenia. Zapraszam serdecznie.
Z innej strony.